Angola 4x4 - 24.04-12.05.2009

 

 

Pierwsze zdjęcia z niesamowitej wyprawy do Angoli. Galerie:

  • Michała Synowca "Zetora" 
  • Rafała Tarnasa "Partyzanta"
  • Radka Piechnika "Radzia"
  •  

    Angola 2009

    Kilka lat temu, po przejechaniu w ciemno niedostępnych gór Kaokolandu, gdy pierwszy raz zobaczyłem wodospady  Epupa Falls na rzece Kunene w Namibii pomyślałem sobie, że warto za jakiś czas pojechać jeszcze dalej na północ, za tą piękną afrykańską rzekę, do kraju który jawił się tak samo niedostępny jak i niebezpieczny. Był to okres gdy jeszcze silny Jonas Savimbi (szef UNITA) boksował się z Eduardo Dos Santosem (prezydentem państwa, szefem MPLA), granice były zamknięte a ci co ten kraj odwiedzali to albo handlowali bronią albo ropą naftową. Lub byli tymi, którzy desperacko próbowali nieść pomoc humanitarną milionom mieszkańców.

    Przywykłem realizować najbardziej nawet szalone pomysły więc korzystając z długiego, majowego  weekendu 2009, razem z 4-rema innymi szalonymi panami i jedną szaloną panią, przekraczamy granicę Angoli  przy przepięknych wodospadach Ruacana. Wodospad jak wodospad, 130m wysokości, dużo wody i huku (pora deszczowa właśnie się skończyła), tęcza, ogólnie ładnie. Pierwsze spotkanie z Angolańczykami pozostawia bardzo pozytywne wrażenie. Kulturalny czarny urzędnik, w nieskazitelnie białej koszuli, mówiący nieskazitelnym angielskim (w kraju portugalskojęzycznym), na przejściu granicznym w zapadłej dziurze, w brudnym i walącym się budynku – słowem niesamowite.  Niesamowite jest też i to, że kilkakrotnie pyta się nas czy rzeczywiście jesteśmy wszyscy tylko z Polski. I z uśmiechem na ustach oświadcza, że bardzo lubi Polskę bo Polska jest przyjacielem, polska broń jest bardzo dobra a on jej jeszcze niedawno skutecznie używał w czasie wojny. Śmichy-chichy kończą się gdy podchodzą do nas trzej młodzieńcy z plemienia Himba, którzy chcą przejść na drugą stronę granicy (Himba mieszkają po obu stronach rzeki Kunene i mogą przekraczać granicę bez paszportów). Miły urzędnik pokazuje w tym momencie prawdziwą naturę – jest zwykłym czarnym rasistą –  mówi do nas, że ci murzyni śmierdzą bo się nie myją (Himba wydzielają swój specyficzny zapach), mają buty zrobione ze starych opon więc są gorsi i nie zasługują na miano prawdziwych obywateli nowoczesnego państwa. I klasycznie, jak ukraiński celnik, ostro przeczołguje ich łącznie z wzięciem łapówki za coś tam.        

    Pierwsze wrażenie infrastruktury drogowej Angoli jest niesamowite. Tam tej infrastruktury praktycznie nie ma! Od przejścia granicznego dwa dni jedziemy czymś co było drogą chyba w czasach kolonialnych. Prawdziwy afrykański off-road, dziury na 2 m, rozwalone przejazdy przez koryta rzek, niesamowita tarka, utworzona nie przez inne samochody jak na Saharze ale przez racice bydła wędrującego po rozmiękłych błotach i zostawiającego zaschnięte dziury, zalane odcinki drogi brudną mazią tak, że nie widać co jest pod spodem – to jest fajne jak się jedzie 10 km od domu a nie na drugim końcu świata w kraju gdzie jest jeszcze w ziemi około miliona min lądowych -J. Oczywiście jesteśmy z tej drogi ogromnie zadowoleni bo nasze Defendery sprawują się na medal a wyjazd miał właśnie tak wyglądać. Infrastruktura lekko się poprawia gdy dojeżdżamy do Cahany, małej dziury słynącej z  zestrzelenia przez kubańczyków afrykanerskiego Mirage’a (stoi tutaj okazały monument tego wydarzenia). Miasteczko jak miasteczko, sklepy w których puszka coca-coli kosztuje 3 USD, jest jedna knajpa z piwem i herbatą a co najważniejsze, jest także stacja benzynowa. Jednak co z tego, ze stacja jest jak paliwa nie ma. Kierowca afrykanerskiej ciężarówki mówi nam, ze ropy nie ma od 2 dni i on tutaj kibluje z ładunkiem butelek czekając na dostawę. Decydujemy się na małą zmianę planów i jedziemy dalej szukać paliwa nadrabiając drogi. Mamy co prawda po pół zbiornika ale jedziemy na pustynię wiec trzeba lać we wszystko co mamy. Po kilkunastu kilometrach zatrzymujemy cysternę z której z  wysokości szoferki wesoły kierowca-murzyn machając rękami krzyczy do nas radośnie: „Mister, Mister, go back to Cahana, I carry diesel for you” (skąd on to wie??). No to wracamy, tankujemy po 1 pln za litr i jedziemy w kierunku Parku Narodowego Iona.

    Park ten stanowi praktycznie całe pogranicze z Namibią, na wysokości przełomu rzeki Kunene. Zamieszkują ją plemiona Himba, Ova-Himba, Zamba i Ova-Zamba. Każde jest fajne bo skutecznie opiera się cywilizacji a wypadku Angoli, socjalizmowi. Na szczęście wojna tam nie dotarła w takim stopniu w jakim dotknęła inne regiony kraju – widać, że ludzie i kraale nie odczuwają zbytnio traumy wojennej. Co nas zdziwiło to to, że we wszystkich napotkanych wioskach widzimy nowe szkoły a dzieci uczą się z podręczników i zeszytów sygnowanych znakiem UNESCO. Może więc współczesne programy pomocowe dla Afryki i pieniądze nie rozchodzą się bez śladu? Park Iona jest przepiękny. Przypomina trochę Marienfluss z Namibii, trochę krater Nogorongoro z Tanzanii z jednym wyjątkiem – jedyne zwierzęta jakie tu spotkamy to krowy i świnie. Żadnych antylop, słoni, zebr – niczego. Tak jakby wszystkie zostały zjedzone. Noo takiej pustki nie spotkałem nigdzie indziej w Afryce – jest to wprost nie do uwierzenia.  W Parku Iona spotykamy wioski plemion Himba i Zamba. Jedziemy bardzo rzadko uczęszczanym szlakiem więc wszystkie spotkania zaczynają się od wzajemnej nieufności. To znaczy wystarczy zatrzymać się gdziekolwiek a za chwilę czujesz obserwujące cię z krzaków czarne oczy przepięknie nie-ubranych ale za to przystrojonych kobiet. I tak jak w dziennikach Stanleya najlepszym sposobem na nawiązanie kontaktu są podarki, w naszym przypadku już nie koraliki ale np. paczka ryżu lub makaronu. Następuje wzajemne oglądanie, próby zrozumienia, kontaktu, wymiana uśmiechów, robienie zdjęć z których kobiety głośno się zaśmiewają widząc swoją twarz w wyświetlaczach cyfrówek – prawdziwy sielski obraz Afryki. Mężczyźni  przychodzą rzadko, z reguły pilnują stada kóz i bydła należącego do rodziny. Natomiast jak już spotkają się z nami to dla nich największą przyjemność sprawia… piwo lub papieros.

    Mijamy Park Narodowy Iona i wyjeżdżamy z gór. Zaczynają się płaskie jak stół sawanny i piasek – znak,  że dojeżdżamy do pustyni Namib. Kolejne niesamowite miejsce znane na podróżniczej afrykanerskiej mapie jako „fucking nowhere”. Nazwa oddaje wszystko – krajobraz jak z księżyca, wieje, słońce oślepia i żadnego śladu życia poza rachitycznymi kępkami trawy. Nocujemy nad brzegiem rzeki Kunene, przecinającej pustynię w głębokim wąwozie, w prześlicznym miejscu poniżej poziomu wydm. Wszyscy, nie zważając na kolegów z „Lacosty” czyli krokodyle, kąpiemy się w rzece po kilku dniach nocowania w kurzu i upale. Kolejny dzień to dojazd do jednego z celów naszej podróży – dziury na końcu świata jakim jest Foz de Cunene. Ta stara przepompownia zasilająca kiedyś w słodką wodę odległe miasto Baia Dos Tigres, zbudowane za czasów Portugalczyków, opuszczone i odcięte od stałego lądu przez ocean, jest posterunkiem angolskiej Policji. Zmiana 6 facetów pełni służbę przez 3 miesiące, żywiąc się tylko rybami które sobie złowią i pijąc wodę bezpośrednio z Kunene. Ogniska palą trzcinami porastającymi brzeg rzeki, nie mają prądu, telewizora, gazet, radia, samochodu…  Za to mają pistolet i są niesamowicie przyjaźni oraz otwarci na jakiekolwiek informacje ze świata. Obowiązkowo rejestrują (wpisują do zeszytu) wszystkich podróżników ze względów bezpieczeństwa – gdyby coś nam się stało po drodze, było by to miejsce skąd zaczęto by poszukiwania. Przed nami jest tajemniczy i niebezpieczny Dodesakker czyli odcinek brzegu gdzie wydmy schodzą do samego oceanu. Odcinek, który  mamy do pokonania aby dotrzeć do Tombua, pierwszego większego miasteczka w Angoli to ok. 400 km. Plażą. To tak jakby jechać ze Świnoujścia do Władysławowa brzegiem morza. Pierwsze wrażenie jest niesamowite – całkowicie dzika plaża, jedziemy granicą docierania fal bo tam jest najtwardziej co nie znaczy, że wszystkie udaje się ominąć. Co i raz samochody wpadają w wodę a przy prędkości 80 km/h nie jest to bezpieczne bowiem woda wciąga w kierunku oceanu. No i czasami plaża kończy się ostrym brzegiem, który trzeba pokonać pomiędzy falami. Zabawa jest przednia. Naprzeciw wyspy Baia Dos Tigres plaża się kończy i zaczynają się wydmy. Czekamy godzinę podziwiając widoki, na najlepszą porę do ataku bowiem jest to uzależnione od oceanu – na ten najbardziej niebezpieczny odcinek musimy wjechać na godzinę przed najniższym punktem odpływu. Różnice poziomów wody wynoszą ok. 2,5 m w cyklu 7-mio godzinnym więc jest to bardzo widoczne i odczuwalne. Na początku twardej plaży jest 3-4 m szerokości więc nie jest źle. Potem plaża zaczyna się niebezpiecznie zwężać tak, ze miejsca jest tylko na dwa koła. No i nagle brzegu nie ma. To znaczy jest ale wydma schodzi bezpośrednio do oceanu a na takim trawersie po sypkim piasku jechać się nie da. Cóż robić, Rafał wskakuje do wody i zaczyna robić za miarkę głębokości w odległości 2 m od brzegu. Na szczęście ten odcinek nie był długi, dno było twarde a od fal osłaniała nas wyspa. Za to spędziliśmy tam więcej czasu niż zaplanowaliśmy i według obliczeń zaczęło robić się krótko z czasem odpływu. Kolejne opóźnienie, już poważniejsze, złapało nas na lotnych piaskach. Kawałek płaskiego i szerokiego wybrzeża, niby twardy i bezpieczny okazał się podmokłą słoną breją. I w żaden sposób nie był do zauważenia no bo jadąc 2 m obok nie wpadlibyśmy w żadną dziurę. Po prostu jedziesz, jedziesz i nagle masz górę mokrego piasku na masce i przedniej szybie a samochód zapada się w sposób ciągły. Na szczęście zapadł się niewiele, pozostałe samochody zatrzymały się na twardym więc po kolejnej godzinie podkopywania (jeden sztych łopatą i widać było morską wodę) oraz szarpania udało się oswobodzić samochód. Ale wszystko to zabrało cenny czas na pokonanie najtrudniejszego odcinka. Już robiło nam się ciepło bowiem widać było, jak fale są coraz wyżej, jednak pędząc z dużą prędkością brzegiem udało się dojechać do miejsca, gdzie brzeg stał się bardziej plaski i szeroki. No a tam czekała nas niespodzianka. Spotkaliśmy grupę angolskich wędkarzy, który za kilka butelek piwa dali nam wieeelką rybę, złowioną przed chwilą. Po kilku dniach żywienia się tym co mieliśmy w lodówkach, wieczorna uczta zapowiadała się rewelacyjnie.

    Po minięciu kilku wraków i dojeździe do Tombua zaczął się kolejny etap naszej wędrówki. Tym razem mamy okazję zobaczyć jak wygląda „Czarna Afryka” taka jaką widzimy w telewizorach. Slumsy, biedota, smród, dziurawe drogi, „nowi murzyni” w luksusowych samochodach – słowem zupełnie inny świat. Tombua i Namibe (Mocamedes) robią na nas kiepskie wrażenie chociaż wyobraźnia podpowiada nam jak one wyglądały za czasów Portugalczyków – ślady kolonializmu widać na każdym kroku. Za to krajobrazy, góry, przestrzenie – to się nie zmienia nigdy – zawsze widoki warte są zachwytu.  Ludzie są biedni ale przez to, że nie mają telewizorów i nie oglądają brazylijskich seriali nie rozbudzają w sobie konsumpcji i nie narasta w nich frustracja. Poza tym same ulice miast są brudne i śmierdzące ale ludzie zawsze ubrani w czyste rzeczy i nie śmierdzą – to też jest jakiś pozytywny obraz Angoli. I są szczęśliwi co jest widać za każdym razem, gdy zatrzymujemy się aby nabrać wody, robić zdjęcia czy chociażby zmienić koło. Przekraczamy Leba Pass, jedno z najpiękniejszych miejsc południowej Angoli. Uroczy nocleg na półce skalnej z kilkusetmetrowym urwiskiem powoduje, ze dziś nie ma nawet wieczornego picia piwa – każdy boi się utraty nocnego wektora ruchu w kierunku namiotu a co za tym idzie długiego lotu w dół.  

    Za Lubango zaczyna się obszar gdzie coraz częściej spotykamy ślady wojny. Rozbite czołgi, transportery, wraki ciężarówek, wysadzone mosty i ostrzelane domy świadczą o tym, że jeszcze niedawno nieźle tutaj się tłukli. Głowna droga Angoli, z Lubango do Huambo wygląda jak wielka polna droga, którą poruszają się tabuny ciężarówek w koleinach na pół metra. Nie wyobrażam sobie co się  dzieje w czasie pory deszczowej. To państwo chyba zamiera bo nie sposób poruszać się tutaj w jakikolwiek sposób zwłaszcza, że co chwila przekraczamy rzeki i rzeczki.  Ale też widać jaskółki stabilizacji i pokoju – kilka odcinków dróg jest budowanych od nowa, chińczycy konstruują linię kolejową, widać nowe domy, autobusy, szkoły. Nawet znaleźliśmy jeden (!) supermarket, w którym można było płacić kartą kredytową a cola kosztowała tyle ile w Polsce.  W Huambo także sprawdziliśmy jaki standard noclegów  oferuje Angola czyli zatrzymaliśmy się w hotelu „Ritz”. Jak na nazwę, cena była wysoka ale standard jak można było się spodziewać nie był rewelacyjny. Niemniej w hotelowej restauracji poznaliśmy kilku przedstawicieli lokalnego establishmentu czyli „nowych czarnych” oraz zblazowanych i na lekkim rauszu europejskich pracowników kontraktowych.

    Kolejny dzień to jazda drogą przez pola bitew. Wojna w Angoli, podobnie jak w całej Afryce, toczyła się wzdłuż dróg. Wraki Casspirów, Rattteli i Buffeli mieszają się z przekrojem całej sowieckiej techniki pancernej. BRDM’y, BTR-y,  BWP-y, T-34, T-54, T-64, Krazy, Ziły, Ify i Stary 266 zalegają w wielkich ilościach pobocza dróg. I co ciekawe, po kilku godzinach jazdy znaleźliśmy pewną prawidłowość. Piękny asfalt, szeroka i szybka droga, nagle na środku duża dziura wypełniona ziemią – przy tej dziurze wystarczy się rozejrzeć i na pewno w okolicznych krzakach znajdzie się resztki jakiegoś pojazdu lub konwoju pojazdów. Po prostu tak wyglądała wojna partyzancka – chodziło o to aby jak najskuteczniej sparaliżować transport przeciwnika. Tutaj dochodzimy do problemu min. Nawet na centymetr nie możemy zejść z asfaltu. Wiadomo, jak przy drodze leży jakiś wrak po minie, na pewno tych min jest więcej, zwłaszcza tych, które nie wybuchły. Czasami widzimy w trawie sterczące druty, główki zapalników. Te znalezione przez ludzi oznaczone są czerwoną taśmą lub tabliczką ale ile z nich nie jest? Więc sikanie tylko po kole i ewentualne zawracanie na kilka razy tak aby zmieścić się na asfalcie. Adrenalina jak się patrzy -J. Na asfalcie jesteśmy bezpieczni ale świadomość, ze pół metra obok może znajdować się uzbrojona mina przeciwpancerna robi swoje. Na szczęście co jakiś czas widzimy obozy saperów UN którzy rozminowują w pierwszej kolejności pobocza dróg, widzimy nawet kilka tych patroli przy pracy. Niemniej jeszcze zostało im duużo pracy…

    Jadąc na południe spotykamy coraz więcej wraków, oznaczonych pól minowych (najczęściej przy wysadzonych mostach). Zbliżamy się do obszaru, gdzie UNITA miała swoje główne bazy praktycznie do końca wojny. Przekraczamy rzekę Kwando (dalej zmienia nazwę na Okavango) i wraki się kończą – wojna się skończyła czyli znajdujemy się tam gdzie UNITA rządziła przez cały czas. Jeszcze tylko niezamierzone rozpoznanie pewnej piaszczystej drogi, która znajduje się tylko na starych portugalskich mapach i trafiając na potężną afrykańską burzę przekraczamy granicę Namibii. Nasza wyprawa dobiegła końca.

     Angola 4x4 była prawdziwą przygodą. Wiedzieliśmy czego się spodziewać, byliśmy przygotowani na wiele ale realizm tego przepięknego kraju przyćmił nam wszystkie nasze wyobrażenia. Jest to kraj cały czas do odkrycia, spokojny, bezpieczny od konfliktów i waśni międzyplemiennych zachłystujący się pokojem. Jest niebezpiecznie, to fakt, pozostałości wojny długo będą straszyć ludzi ale tak jak na każdej wyprawie – trzeba wiedzieć którędy można jechać, czego się spodziewać i co najważniejsze - nie szukać guza.  Szukać należy za to tej prawdziwej przygody, tej przez duże „P”.

     

    Michał Synowiec „Zetor” 

     

    A nasza trasa wyglądała tak: